Jest mocno sentymentalnie i mocno powtórzeniowo, do tego jeden z istotnych (z tych życiowych) wątków trochę na siłę i bez przekonania (na ekranie) skomplikowany. Nie pomaga też, że akcja zawiązuje/ rozkręca się przez trzy czwarte filmu, po czym finałowe rozdanie bez fajerwerków niestety

, a mimo to najnowszy (możliwe, że ostatni film Julisza Machulskiego, bo przebija to z licznych ostatnio wypowiedzi reżysera) jakoś specjalnie nie razi, tak jak większość współczesnych produkcji z podobnymi celami względem widza.
Niemniej do częsci pierwszej sporo brakuje - a różnicę określiłbym na co najmniej taką jaka jest pomiędzy Churciławą i Beckenbauerem, a dwoma współczesnymi nazwiskami z świata piłki, które wykorzystuje Machulski
- chodzi mi oczywiście o brzmienie, fajność samych nazwisk, a nie dokonania na boisku.